Debata publiczna w pozycji horyzontalnej

Dzisiaj, pierwszy raz od wielu miesięcy, w trakcie pobytu na siłowni, włączyłem telewizor i natknąłem się na program „Drugie śniadanie mistrzów” emitowany przez TVN24. Jednym z tematów był poziom polskiej dyskusji. Goście programu zgodnie stwierdzili, iż dyskusje oponentów, zwłaszcza politycznych, absolutnie na miano dyskusji nie zasługują, zaś jeden z zaproszonych, fenomenalny rysownik, p. Andrzej Mleczko poczynił jeszcze bardziej fenomenalną uwagę, iż zrezygnował z dialogu z ludźmi, z którymi dogadać się nie da. Co więcej, nawet wśród swoich znajomych wypracował już zasadę nie poruszania drażliwych tematów, albowiem „nic to nie da”.

Zgadzam się w całej rozciągłości z powyższym i absolutnie się pod tym podpisuję moimi oboma obolałymi od treningu kończynami górnymi. Ponieważ zdecydowanie bardziej wolę ból fizyczny, niż psychiczny, również stałem się zdeklarowanym wrogiem obserwowania polskiej sceny politycznej, w ramach której poruszane są wszak nie tylko tematy z zakresu polityki, ale także gospodarki, zagadnień społecznych i wielu innych. Dlaczego?
Każda rozmowa pomiędzy politykami z różnych opcji, i to niezależnie z których partii, sprowadza się do jednego „nie ma Pani/Pan racji!”. Nie chodzi o różnice w pewnym zakresie, nie występuję nawet niezgoda co do zasady, ale z pewnymi wyjątkami. Dominuje „Nie bo nie”, „Nie i koniec”, „Nie i już”. Nie jestem politologiem, a zatem pominę całkowicie czy i kto ma ostatecznie rację. Nie rozumiem po prostu, jako praktykujący prawnik, dlaczego nie jest możliwe osiągnięcie konsensusu choćby w jednym procencie, ba, satysfakcjonujący byłby choć jeden promil.
W mojej pracy zawodowej, która polega na reprezentowaniu klienta, także występuje dyskusja w postaci walki na argumenty na sali sądowej. Wielokrotnie jednak postępowanie kończy się ugodą, do zawarcia której zawsze naszych mocodawców zachęcamy. Choć jestem zwolennikiem zasady „mniej filozofii, więcej matematyki”, w pełni zdaję sobie sprawę, że tzw. układy „zerojedynkowe” w praktyce nie występują nader często i niekiedy klient nasz nie ma 100% racji, a jedynie np. 70%, stąd zasadność zawarcia ugody. A gdyby przełożyć to na grunt debaty publicznej?
Ręce opadają kiedy np. 15 minutowa rozmowa w studio telewizyjnym sprowadza się tylko i wyłącznie do „nie, bo nie”, zaś dziennikarz „prowadzący” rozmowę nawet nie stara się zachęcić interlokutorów do „zawarcia ugody”, choćby w drobnej części. Każda ze stron rozmowy przedstawia swoje racje i program się kończy absolutnie bez żadnych wniosków. Ładnie wyglądałby wymiar sprawiedliwości gdyby sędzia prowadzący sprawę po prostu dawałaby stronom tylko możliwość „wygadania się” po czym zamykałby postępowanie. Nie wspomnę już o ogólnikach, wyuczonych i wyćwiczonych przez każdego polityka, „dzięki” którym żaden wywód nigdy nie jest konstruktywny i do konkretnych wniosków nie prowadzi.
Z przyjemnością zaś oglądałoby się takie „gadające głowy”, które choć w drobnej części zgadzają się ze sobą, zaś krytyka zawsze byłaby konstruktywna. .. Rozmarzyłem się, ale głęboko wierzę, że z biegiem czasu stanie się to możliwe.
Do uczestników debaty publicznej zaapelujmy zatem – zawierajcie ugody!
Trwa ładowanie komentarzy...