Jak łatwo zostać artystą…

Pamiętam jak głębokie wrażenie wywarła na mnie informacja, jakoby Leonardo da Vinci nie tylko tworzył jeden ze swoich najsłynniejszej obrazów „Ostatnia Wieczerza” przez 3 lata, ale też bardzo pieczołowicie starał się uwypuklić wygląd każdej z postaci widniejącej na tym fresku, czego najlepszym przykładem są jego poszukiwania żyjących ówcześnie osób, które, zdaniem Mistrza, najbardziej przypominać miały poszczególnych apostołów. Podobne wrażenie odnoszę słuchając „Requiem d-moll KV 626” Mozarta wiedząc przy tym, że tworzył tę mszę żałobną będąc ciężko chorym i przekonanym, że tworzy requiem na własną śmierć. Patrząc na wybitne dzieła malarstwa, muzyki i innych dziedzin sztuki, chylę czoła przed geniuszem tych prawdziwych artystów i drobiazgowością, z jaką dopracowywali każdy szczegół.

Dzisiaj wystarczy znacznie mniej pracy, aby można było nazwać się artystą. Skąd ta teza? Z uważnej obserwacji czegoś co nazywa się „sztuką współczesną”. Nie znam jej dobrze i z góry przepraszam wszelkich znawców, jeśli pisać tutaj będę tylko o marginalnym wycinku, podczas gdy większość prac współczesnych to być może dzieła wybitne. Uwagę jednak zwracają te utwory, o których głośno. A dlaczego głośno? Poprzez wywołany skandal. Powstaje pytanie czy gdyby nie skandal to w ogóle ktokolwiek o owych artystach by słyszał.
Na czym polega skandal? Przepis jest bardzo prosty, wystarczy wziąć na warsztat symbol religijny i umieścić go w konfiguracji z czymś, co według ogólnie przyjętych reguł, delikatnie rzec ujmując, nie pasuje, nie przystoi do koniunkcji z tymże symbolem. Wszyscy z całą pewnością pamiętają instalację penisa na krzyżu pewnej artystki, darcie Biblii przez pewnego wokalistę, czy też ostatnio nagłośnione obmacywanie się nagiego mężczyzny z figurą ukrzyżowanego Chrystusa. Być może wszystkie te osoby jakimiś innymi swoimi dziełami, o których jako laik w tym zakresie nie słyszałem, wniosły duży wkład w polską sztukę, nie upieram się i nie twierdzę, że nie. Znane są jednak opinii publicznej tylko z powyższych aktywności. Nie chcę tutaj absolutnie rzucać haseł w stylu „jak jest taki odważny to niech podrze Koran, albo obmacuje się z figurą Buddy”, gdyż brzydzę się licytowaniem która religia, wyznanie lub pogląd duchowy jest ważniejszy (zgadzam się tutaj absolutnie z naszą Konstytucją, która daje każdemu wolność sumienia i religii). Znamienne zresztą jest, że obmacywanie rzeźby Chrystusa wywołało oburzenie m.in. polskich muzułmanów.
Uważam po prostu, że kontrowersyjne od strony prawnej jest ukazywanie jakichkolwiek symboli religijnych w konfiguracjach, które urazić mogą dowolnego członka dowolnej grupy wyznaniowej począwszy od chrześcijan, poprzez buddystów, przedstawicieli islamu, i wszystkich innych (byleby tylko nie miały w swoich założeniach krzywdzenia innych ludzi) kościołów i związków religijnych z Kościołem Latającego Potwora Spaghetti włącznie. Od strony zaś artystycznej, no cóż… Śmiać się można z Kazimierza Malewicza, że jego słynny „Czarny kwadrat na białym tle” także nie jest sztuką. On jednak wpadł na jakiś pomysł i był z nim pierwszy, a przy okazji niczyich uczuć nie uraził. Obecnie jednak chyba wystarczy po prostu wywołać skandal, aby uznać się za członka grupy artystów.
Dokąd zmierzasz sztuko?
Trwa ładowanie komentarzy...